Digital society.

05:22


Wyobraźcie sobie taką sytuację. Mamy rok 2144. Gdzieś pod siódmym poziomem seulskiego metra, w ściśle tajnych, najszczelniej strzeżonych laboratoriach wyposażonych w komputery z procesorami liczącymi rdzenie w tysiącach, kilkusetosobowa grupa nadinteligentów zapisuje w pamięciach pierdyliardy linijek kodu.

Rozgrzane do komunistycznej czerwieni biliony miliardów półprzewodników w systemie zerojedynkowym przyjmują kolejne petabajty danych na powierzchnie swoich turbopojemnych dysków twardych. Zielone cyfry wysyłane przez urządzenie wejścia jakim jest klawiatura przemierzają początkowo ekran komputera później wędrując przez tysiąckilometrowe wiązki światłowodów o niespotykanej do tej pory prędkości przesyłania danych docelowo lądując na przestrzeni dysku cieczowego.  Każdy nanometr sześcienny cieczy może zapisać taką ilość danych jaką miały wagę wszystkie informacje zapisane w globalnej sieci w roku 2014.  Ultraszybkie i niesamowicie wydajne komputery zapisują kilka litrów supercieczy w minutę. Wszystko w jednym, konkretnym celu… najwyższym celu koreańskiego narodu – stworzyć człowieka cyfrowego – homo digitalis.

Ciągnąca się od początku XXI wieku rewolucja cyfrowa, której naturalnym rezultatem jest wzajemne zazębianie się relacji człowiek – maszyna tudzież komputer powoduje, że od powstania „homo digitalis” dzieli nas kilka lat, choć jak twierdzą wysoko postawieni koreańscy dygnitarze państwowi -czas owy powinien być liczony raczej w księżycach. Naukowcy robią wszystko aby nie narazić się władzy, która rację zawsze miała, ma i mieć będzie.

W zamyśle jajogłowych człowiek cyfrowy ma być tworem, który żywić się będzie digitalfood, uprawiać będzie digitalsex, wydalać będzie digitial- mocz i kał. Digitalizacja dla homo digitalis ma oznaczać skrócenie czasu na czynności niepotrzebne, nie wnoszące żadnej wartości dodanej lub korzyści dla niego samego lub też dla kraju. Człowiek cyfrowy nie będzie mógł poświęcać się przyjemnościom jak jedzenie czy uprawianie seksu. Marginalizacja poprzez cyfryzację ma doprowadzić do zaniku wszelkich rządzy i pożądań, a jedyną rzeczą, która nie będzie do końca zdigitalizowana ma pozostać praca.

Homo digitalis będzie jednostką samowystarczalną, z nadzwyczajną inteligencją, ale bez możliwości dokonania własnego wyboru – tego za niego będzie musiał dokonać ktoś ważniejszy, ktoś kto będzie mu w stanie wydać polecenie wskazujące następne kroki cyfroczłowieka. Wszystkie jego czynności raportowane będą za pomocą sprzężonego smarftona do centralnego systemu sterowania ludźmi, który to system będzie mógł wyznaczyć następne kroki, powiedzieć zbłąkanemu człekowi z cyfr gdzie tenże ma się udać i jaką następną czynność wykonać.

Człowiek z cyfr pozbawiony będzie wad, nad jego odpornością czuwać ma system antywirusowy, jego kodu ma strzec najlepszy system zabezpieczeń przeciw hakerom, a na dodatek będzie człowiek, który będzie odpoczywać przy pracy.

Jako, że wydajność maszyn osiągnęła w ostatnich latach poziom jeszcze do tej pory nienotowany człowiek cyfrowy będzie zdolny do przyjęcia dowolnego zadania, opracowania metody wykonania tego zadania w jak najlepszym czasie i z jak najlepszym rezultatem, a wszystko to w 10 minut od otrzymania polecenia wykonania zadania z Centralnej Zarządzającej Agencji Dyspozycji Umiejętności  (w skrócie CZADU).

I tak oto człowiek cyfrowy otrzymuje z CZADU polecenie udania się do Zakładów Naprawczych Rąk Bionicznych, gdzie ma zająć się procesem ulepszania wieloprzegubowego układu przeniesienia napędu z ultrasprawnego nanosilnika na kciuk bioniczny protez.  W trakcie drogi (tak, teleportacja jeszcze nie została opanowana, ale od jej opanowania także dzielą nas zaledwie lata) homo digitalis pobiera z ogólnokrajowej bazy danych wszelkie informacje potrzebne do wykonania zadania, łącznie ponad 660PB. Przetwarza je, wyciąga wnioski, dokonuje modyfikacji w projekcie i na miejsce wykonania zadania przyjeżdża jako jednostka w 110% przygotowana do wykonania zadania. Po czym je wykonuje. Proces przebiega sprawnie. Wiadomo jednak, że to jedna z ostatnich takich akcji. Wkrótce jajogłowi w seulskich piwnicach miejskich, gdzie zużycie energii przekracza zdolności produkcyjne największej elektrowni z początku 21 w. opracują kod na idealnego człowieka z cyfr. Będzie to początek nowej ery. Wtedy modyfikacje i protezy nie będą potrzebne, błędy nie będą miały miejsca, a wszelkie czynności nie przynoszące zysków lub przynoszące przyjemność zostaną zastąpione nowymi, udoskonalonymi czynnościami zapisanymi w systemie zerojedynkowym.

A teraz lądujemy w roku 2014. Współczesny człowiek nie ma zielonego pojęcia co za 140 lat będzie stanowić codzienność, dlatego z niczym nietrąconą obojętnością przywiązuje się do swojego smartfona, kupuje trzecią edycję zegarka Samsung, który również jak jego posiadacz sprzęga się z smarftonem, po to tylko, żeby monitować wszelkie funkcje życiowe, badać poziom cukru, a dane raportować do szpitala, w którym posiadacz cyfrowej zabawki ma kartotekę. Podróżując metrem owy jegomość koreański nie może wytrzymać choćby trzech sekund bez spoglądania w 4-calowy ekran mądrego telefonu, w każdej następnej sekundzie delikatne przesunięcia palcem wskazującym po zatłuszczonym ekranie odpornym na zarysowania usuwają 4 kolorowe kuleczki, tudzież wklepują kolejne litery na czacie, ewentualnie przewijają program, którego tematyka jest nudna, ale po czymś palec trzeba przesunąć. Obok opisanego wyżej osobnika siedzi jegomość z kasty wyższej. Ekran 5 cali, skórzane etui z logo Bugatti. To koniec różnic. 2 sekundy później i na jego ekranie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, po przesunięciu palcem znikają kolejne cztery czerwone kulki, a ich zniknięcie jest obwieszczane migającym napisem „PERFECT”. Jakaż to radość ogarnia podróżnika z metra, ileż to dobrych rzeczy właśnie się wydarzyło, ileż znaczy to znamienne słowo zaczynające się na „P”, a kończące na „T”.

W kilkusetmetrowym pociągu podziemnym ilość dotykowych ekranów drastycznie przewyższa ilość pasażerów, bo posiadanie smartfona już nie wystarcza, trzeba posiadać jeszcze tablet. A jeszcze drastyczniej ilość ekranów przewyższa ilość słów, które wypowiadają podróżujący. Oni nie potrzebują rozmawiać. Oni wysyłają sygnały. Najlepiej zerojedynkowe, najlepiej za pomocą LTE+, najlepiej z jak największego ekranu, bo cenią sobie wygodę rozmowy. Rozmowy są staroświeckie. Nawet na randkach.

Nikt już nie rozmawia, bo nie ma potrzeby, słowa zostały zapomniane. Przynajmniej te mówione.  Za 140 lat i tak  będziemy zaprogramowani, a to, że dzisiaj niewiele nas od tego dzieli to nic nie zmienia. Trzeba to zaakceptować. Nie można się przeciwstawiać, bo ciśnienie podskoczy, telefon zaraportuje do centrali i już będą wiedzieć, że coś knujemy.

Trochę jak u Orwella, ale tak wygląda dzisiaj podróż metrem w Seulu.


Mogą też Ci się spodobać

0 komentarze

Popularne posty

Polub mnie na facebooku